Kolektyw didżejski pod roboczą nazwą Fobia Społeczna spotkał się pod Pocztą Główną i śmiechem maskując lęki, udał się do przybytku mieszczącego się pod adresem Wielopole 11. Zastaliśmy tam plac budowy aka ubojnię świń o temperaturze zbliżonej do zera absolutnego, głośno i siarczyście przeklinające towarzystwo budowlane oraz łazienkę w gruzie (w której później drogi Siemień się zaciął i chwała mu za to, bo przynajmniej ostrzegł mnie przed używaniem podstępnych zamków).
Nie było nam do śmiechu, dodatkowo głód ssał nasze anorektyczne żołądki, ale magiczne właściwości napojów wyskokowych jednak dały o sobie znać, a kiedy otrzymaliśmy też tacę serów, świat przestał być tak zły i nieprzyjazny. Graliśmy ładnie, jak to mamy w zwyczaju, nie przejmując się jeszcze odbiorem ze strony panien w weselnych kieckach.
[Tutaj następuje moja refleksja i rada dla wszystkich samotnych mężczyzn: zatrudnijcie się w H&M. Stosunek dziewcząt do chłopców na imprezie wynosił na oko 50:1. Jest w czym wybierać!]
Zaiste jakieś tancereczki wyskoczyły na parkiet przy N.E.R.D., jednakowoż redaktor Siemień przebywał w toalecie, kiedy rozpoczęłam prawdziwy taneczny szał przy „Hot 'n Cold” Katy Perry. Imprezowicze wyleźli ze swych kątów z mrówczą zgodnością, a utwór ten został przebojem nocy, zagrałam go później jeszcze 3 razy, na wyraźne życzenia. Nie oponowałam, gdyż uważam, iż jest całkiem zajebisty:
Płynnie przeszliśmy w kierunku ejtisów i innych greatests hits, były też Spice Girls, publika szalała, parkiet płonął, dziewczęta tańczyły na krzesłach, poszukiwały mężów i narkotyków, usłyszeliśmy nawet jakieś komplementy, co w naszym przypadku jest wydarzeniem zgoła precedensowym.
Nie wiem dokładnie, o której towarzystwo się wykruszyło, w każdym razie stało się to dość szybko i gwałtownie, wówczas mogliśmy znów pofolgować własnym muzycznym zachciankom, odgryźć selerowej papudze dziób, pozwolić, by Wielki Menadżer włożył plasterek szynki do odtwarzacza, ja zaś dałam sobie nawet dyspensę na kilka tańców, mimo iż opadała mi moja piękna różowa sukienka i bez ustanku stałam w obliczu groźby publicznego obnażenia.
Było naprawdę milutko, choć pod koniec czułam się już nieco zamroczona, a ostatnie chwile w Kakadu spędziliśmy pod ostrzałem mojego nieustannego jęczenia, by usiąść/jechać do domu.
Wnioski są następujące: jesteśmy zajebiści (co sobie wczoraj mantrycznie powtórzyliśmy kilkanaście razy), komercyjne imprezy nie są złe, a piętro KAKADU jest całkiem ślicznie urządzone. Na lepsze czasy dla piwnicy nadal czekamy.
I wreszcie na koniec tego obrzydliwie długiego posta (którego piszę w trzęsącym pekaesie) to, na co wszyscy czekali, czyli foteczki!










Naprawdę nie było źle.







ale te zdjęcia obleśne.
OdpowiedzUsuńhaha. rozgryzłam was!
OdpowiedzUsuńto wszystko działo się w piwnicy u fazy i byliście tam sami! a zdjęcie z tłumem to z jakiegoś portalu imprezowego pewnie, hahahaha.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńa ten talerz serów trochę nędzny. nawet ja w boogie podaję lepszy ;].
OdpowiedzUsuń